Fifty-fifty - czyli co się dzieje w parze po urodzeniu dziecka

 

co sie dzieje w parze po urodzeniu dziecka.jpg

Podobno większość par po urodzeniu dziecka doświadcza kryzysu. Kto wie, czy znaczna ich część nie zaczyna się od tego, że mężczyźni generalnie nie rozumieją kobiet po porodzie.

Bywają tacy, co nieźle się z tym kryją. Wspierają w trakcie ciąży, robią masaże, rozmawiają z brzuchem, trzymają za rękę w trakcie porodu.

A następnie Młody Ojciec tydzień po pojawieniu się jego dziecka na świecie nagle wypala do swojej partnerki: "Czy ty masz teraz jakiś gorszy czas?". Ręce i nogi wtedy opadają. A dokładniej: obolałe sutki, naciągnięte krocze, rozczochrane włosy i ciążące powieki - gdyby tylko te ostatnie mogły ciążyć jeszcze bardziej.

W głowie partnerki pojawić się może mniej lub bardziej dyplomatyczna odpowiedź:

„Otóż miewam się fantastycznie - jak na kogoś, kto tydzień temu urodził człowieka. Kogoś kto podzielił się jak ameba czy inny pierwotniak, mimo że ma znacznie więcej komórek. Miewam się świetnie jak na kogoś, kto ciało ma nie z plasteliny, a kto w ciągu kilku godzin zmniejszył jego masę o mniej więcej jedną siódmą. Jest mi bosko jak na osobę, która została pocięta nożyczkami w miejscach nader intymnych, a bynajmniej nie jest z papieru. Jest naprawdę przyjemnie, poza paroma drobiazgami: cieknie ze mnie pokarm jak z mobilnej mleczarni, niedawno zaczęłam coś na kształt 6 tygodniowej miesiączki, a wypróżnianie z niewinnej czynności zamieniło się w codzienną kreatywną akrobatykę.”

Cóż więc robić, gdy wspomniany mężczyzna zdziwiony zadaje to pytanie? Są dwa wyjścia: można obrazowo opowiadać, cierpliwie tłumaczyć, podsyłać artykuły na temat baby blues i potrzebach kobiet w okresie połogu. Można też zbyć sprawę zdawkowym "jest okej" lub „szkoda gadać”, a następnie... wygadać się w przyjaciółce.

Sprawa jednak nie wygląda tak jednokolorowo. Zacznijmy jeszcze raz

Podobno większość par po urodzeniu dziecka doświadcza kryzysu. Kto wie, czy znaczna ich część nie zaczyna się od tego, że kobiety wyładowują część swoich macierzyńskich frustracji na nie zawsze jednak odpowiedzialnych za owe cierpienia facetów.

Nie ma co się zanadto dziwić. Przebywanie non stop z nieznoszącym kompromisów niemowlakiem to naprawdę potężne źródło frustracji. I nie ma gdzie jej skanalizować. W końcu ta mała bezbronna, choć krzycząca, istotka nie wydaje się najlepszym adresatem pretensji. Pokłócić się nie da, co najwyżej zacznie jeszcze bardziej płakać. I kto będzie musiał biedaka uspokajać? Trochę więc głupio wkurzać się na niemowlaka. Facet to zupełnie co innego. On też miał udział w pojawieniu się Bobasa na świecie, a kosztów z tym związanych ponosi wyraźnie mniej. Gdzie tu sprawiedliwość?
Powody pretensji zawsze się znajdą: wrócił za późno z pracy, nie wyrzucił śmieci, zapomniał zrobić zakupów, nie zaoferował, że to on przewinie następną pieluszkę. Ale czy naprawdę chodzi nam tylko i wyłącznie o argumenty merytoryczne?

I znów mamy klika wyjść. Możemy wkurzać się na losowe ofiary dookoła, bez względu na to, czy akurat zawiniły (chyba mało opłacalne), wściekać się na siebie (nie polecamy), udawać przed sobą i innymi, że wszystko jest tak naprawdę ekstra (tym bardziej nie polecamy). Znajdzie się też kilka całkiem sensownych rozwiązań. Jakie są Wasze typy? Napiszcie koniecznie!