Emocje matki oraz słowa, które chcemy słyszeć od innych mam

depresja w ciazy

Stawaniu się mamą towarzyszą WSZYSTKIE odcienie emocji. Pięknie i mądrze pisze o swoich uczuciach z okresu trzeciego trymestru ciąży jedna z mam. Wspomina też, które słowa innych mam były dla niej wspierające, a które jedynie potęgowały niepokój i złość. 

Jestem przerażona i smutna, bo już niebawem zamiast piastowania wielu ról, w których się czuję sprawna i wartościowa (jestem aktywna zawodowo, seksualnie, jestem przyjaciółką, opiekunką moich psów, całkiem fajną partnerką, córką, czytelniczką, ćwiczę yogę itp.) będę po prostu mamą. Koniec i kropka. Przynajmniej na jakiś czas. Będę karmiącą piersią, obkurczającą się macicą, zmęczonym ciałem, samicą pilnującą swojego młodego i za nie odpowiedzialną, pielęgniarką, nosidłem, a przecież zupełnie się na tym nie znam (mimo chodzenia na dość teoretyczne zajęcia w szkole rodzenia).

 A co, jeśli nie pokocham mojego dziecka? Albo jeśli okaże się chore, upierdliwe, brzydkie i głupie? Nigdy nie marzyłam o tym, by posiadać gromadkę dzieci, nigdy nie umiałam z nimi rozmawiać i bawić się w sklep. Jeśli jakieś lubiłam, to nie dlatego, że było „słodkim szkrabem”, ale dlatego, że było po prostu klawą dziewuszką lub rezolutnym chłopcem. Kim będę, będąc mamą? Co będę znaczyć, jeśli nie będzie mi to wychodzić? Jak poradzę sobie będąc wiecznie niewyspaną?

Czasami, gdy o tym komuś mówię, spotykam się z niezrozumieniem: „E, tam! Zobaczysz, będzie cudownie.”; „Przeintelektualizowujesz. Za dużo myślisz.”; „Przecież nie ma nic bardziej naturalnego dla kobiety niż bycie mamą.”; „Nawet tak nie myśl.” Po drugiej stronie jest obóz styranych, rozgoryczonych matek, które ze skrywaną satysfakcją, że zaraz dołączę do ich grona, stwierdzają, że moje życie zaraz się skończy. Jednym i drugim mam ochotę wykrzyczeć: „Nieprawda!” i odepchnąć od siebie jak najdalej.

Na szczęście mam mądre, doświadczone przyjaciółki, które mówią o dwóch stronach „medalu”, które występują jednocześnie: „Będzie to najtrudniejsze i najpiękniejsze doświadczenie.”, „Będziesz cierpieć nie raz, nie raz będziesz chciała udusić dziecko i zarazem zrobić dla niego wszystko, bo pokochasz je nad życie.”; „ Staniesz się kimś innym, pożegnasz się z wieloma rzeczami i powitasz wiele nowych. Twoje życie może zyskać sens i głębię.”; „Jak będziesz potrzebować, to przyjadę z obiadem albo popilnować dziecka.” Słucham tego, łzy mi lecą po policzkach z wdzięczności, radości, przejęcia.

W tym trymestrze zaliczyłam wszystkie odcienie emocji i to ponoć bardzo dobrze. Były: przerażenie (wyrażone w wyżej napisanych pytaniach) i ekscytacja (ahoj, przygodo!) Spokój, radość i przeogromny smutek. Bunt, że nie jestem gotowa, niechęć do zajmowania się tym stworzeniem, irytacja na wszystko i wszystkich. Lęk przed pustką, gdy nie będę już w sobie nosić dziecka. Egzystencjalne zwątpienie, że „po co to wszystko skoro wszyscy umrzemy?”. Rozbawienie, czułość, ekscytacja i wreszcie konsekwentnie odpychany lęk o zdrowie i życie moje, mojego dziecka i mojego męża. Jak poświęcę czas na przeżywanie siebie, robi mi się miejsce dla dziecka i naszej relacji – pojawia się zaciekawienie, czułość, a nawet chęć utulenia.