Takie to dziwne – czyli o śnie, katarze i supermocach

Bycie mamą, choć minęły prawie cztery tygodnie od narodzin mojego syna, wciąż jest dla mnie nierealne. Kocham go tak bardzo, że nie wiedziałam, że tak się da. Opiekuję się nim najlepiej jak potrafię. Ale czasem czuję, jakby to wszystko działo się trochę z boku, jakbym to nie była ja. Coś jak niezwykły sen, z którego się obudzę. Nie chcę się obudzić, choć chcę się wyspać...

Towarzyszy mi dużo dziwnych emocji. Bardzo niezwykłe było doświadczenie pierwszego kataru sprzed kilku dni.

Superdziecko – tak będę je nazywać, bo urodził się z rączką wyciągniętą w górę przed siebie jak superman, przysparzając mi (i sobie) nie mało problemów podczas porodu – obudziło się rano z zielonymi glutami wyciekającymi z małego noska. Poza wrażeniami estetycznymi były też dźwiękowe. Dziecko chrapało, rzęziło, dusiło się i krztusiło. Byłam przerażona.

Poprzedniego dnia wieczorem nie mógł zasnąć. Przez wiele godzin lulałam go, karmiłam, nosiłam i robiłam wszystko, co tylko przychodziło mi do głowy. Ale superdziecko marudziło i nie chciało spać. Nic a nic. Momentami miałam już dość. Towarzyszył mi taki szczególny ból głowy, który bierze się u mnie tylko od płaczu dziecka (wcześniej w całym życiu głowa bolała mnie może kilka razy). Kończyła mi się cierpliwość, pojawiała się bezsilność.

Natomiast wtedy, rano, na widok wielkich glutów na małym nosie, pojawiła się we mnie jakaś nieznana mi energia. Nagle miałam dla zasmarkanego maleństwa całe morze cierpliwości i czułości. Myślałam trzeźwo i szybko. Zadzwoniłam do lekarza, wysłałam tatę superdziecka do apteki, wszystko było pod kontrolą. To była taka szczególna energia pojawiająca się w obliczu kryzysu. Malutki wydawał mi się jeszcze bardziej bezradny i zależny ode mnie. Patrzył na mnie kichając co chwilę, a na jego twarzy widać było, że nie wie co się z nim dzieje i czemu tak ciężko mu się oddycha. A ja tak bardzo, całym sercem chciałam mu pomóc...