Stając na krawędzi siebie – czyli o stawaniu się Mamą

mama na krawedzi

Odkąd sama zostałam matką boli mnie, że prawda o tym, co dzieje się z kobietą, kiedy na świat przychodzi dziecko, często pozostaje ukryta. Jest jakieś tabu na temat macierzyństwa i jego ciemnych stron. A przecież temat dotyczy milionów z nas. Nie rozumiem dlaczego jesteśmy zobligowane do tryskania energią i radością, podczas gdy zdarza się, że świat – na krótszą lub dłuższą "chwilę" – naprawdę wali się nam na głowę…

Zostać Mamą to ogromna sprawa i w ogólnym rozrachunku to chyba najlepsze, co może nas, kobiety spotkać. Jednak nikt nie przyznaje głośno, że początki naprawdę są trudne. I nie mam na myśli płaczu dziecka, rozstępów czy kolek. Myślę o głębszym sensie i podłożu trudności, które spotykamy. Nasze życie zmienia się diametralnie. Dlaczego o tym nie mówi się głośno? Bardzo ubolewam, że nie ma przyzwolenia społecznego na mówienie o tego typu doświadczeniach. Można swobodnie mówić obraniu narkotyków, rozwodzeniu się, mobbingu w pracy, myślach samobójczych, kłopotach w związku, ale jako matki mamy być tylko wdzięczne i szczęśliwe.

Prawie 10 lat zawodowo opiekowałam się dziećmi, zmieniłam dziesiątki pieluch, przeczytałam mnóstwo książek, kładłam dzieci na drzemki, kąpałam, mierzyłam się z naprawdę trudnymi sprawami. Kto, jak nie ja, będzie matką na medal...? Nic bardziej mylnego. Teraz wiem. Wszystko to trwało "od do", zawsze to jednak nie było moje dziecko. Mogłam wyjść, nie móc przyjść, odpocząć. A przede wszystkim nie czuć tej odpowiedzialności, której doświadcza mama, i która przeszywa na wylot.

Bycie Mamą to rola, stan ducha, postawa. To kolejna odsłona siebie, która musi powstać. A to nie dzieje się w dniu narodzin dziecka. To jest bardzo długi proces – wyboisty, nieraz straszny, dotykający wszystkich krańców emocji i duszy. To wyzwanie dla psychiki i nie ma możliwości przejść przez to gładko. Nie wierzę, że jest na świecie choć jedna kobieta, która w tym procesie nigdy nie stanęła na krawędzi samej siebie.

Chcę, aby matki dostały głos i społeczną akceptację na wątpliwości, zmęczenie i nieraz ciężki kawał pracy nad samą sobą. Dzieci są naszym największym skarbem, ale jesteśmy jeszcze my. Musimy nagle "pożegnać" dawne siebie, budować nowe życie dla naszych dzieci, z naszymi dziećmi – w nowej odsłonie siebie samych. To trudne, czasami psychika płata nam wtedy figle, a to rodzi wyrzuty sumienia, lęki i udręki z samą sobą. Wiem, że wolimy się do tego nie przyznawać. Znam wiele kobiet, które płaczą ukradkiem, bo zgubiły siebie. Ja też jeszcze czasem płaczę i szukam siebie nowej. Ja się już nie boję.

Życzę nam odwagi, przyzwolenia na prawdę i bycie sobą. Powinnyśmy być z siebie dumne.


Dorota Kania