Mama wychodzi SAMA – czyli film akcji, komedia i dramat w jednym

mama bez dziecka

Pierwsze wyjście mamy BEZ dziecka. Z racjonalnego punktu widzenia w zasadzie nie ma o czym mówić. Przecież nie będą zawsze razem aż do osiemnastki.  Opieka i jedzenie zapewnione? Świetnie, a więc w czym problem? Kto więc doskonale zrozumie rozterki naszej bohaterki? Tylko… druga mama :) 

Tak tęskniłam za odzyskaniem czasu, wolności, niezależności.
Wkurzałam się, że nie mogę wyjść sama na dłużej niż na chwilę.
Narzekałam, że wszystko muszę dostosować do karmienia i nastrojów R.
No i stało się – pierwsze, czterogodzinne wyjście z domu, z pierwszym w życiu odciąganiem mleka.

Przebieg akcji:

  • Cały dzień wahania i wątpliwości: „Iść czy nie iść”; „Nie mogę odciągnąć mleka. / A jednak mogę.”; „Nie da się, bo R nie śpi.  / O, a jednak śpi, da się.”; „J nie wróci na czas, więc i tak nie zdążę. / A jednak wrócił.” Czyli 100% szamotania w klimacie „być albo nie być”.
  • Zbliża się moment wyjścia. Wiem już, że mleka zostawiam dość, a J będzie punktualnie. Chcę, żeby wrócił i mam nadzieję, że nie wróci.
  • Przychodzi J. Karmię R ze smutkiem, jakbym miała się z nim rozstać na przynajmniej tydzień, o ile nie na zawsze. Oddaję R ojcu - i ryczę. Już tęsknię, nie radzę sobie.
  • J namawia mnie, żebym pobyła jeszcze chwilę w domu i pojechała taksówką. Ogarniam się jakoś. Jadę.
  • W taksówce: ekscytacja i niepokój. Jeszcze piszę, że w razie czego wrócę wcześniej.
  • Na wyjściu – ekscytacja nadal, korzystam. Niepokój nadal. Wciąż zerkam na komórkę. Wytrzymuję prawie do końca, taksówką jadę do domu. Wbiegam po schodach sprintem.
  • Ja - stęskniona, jakby rozdzielenie trwało znacznie dłużej niż te kilka godzin. Chłopaki w dobrej formie. J zadowolony, że sobie poradził. R nawet się chyba nie zorientował, że mnie nie było.
    Karmię go szepcząc czułe słówka. R zasypia przy piersi. Nocne wstawanie na karmienie są tej nocy prawie przyjemne - wytęskniona matka może pobyć z synkiem.

***

Niby nic się nie zmieniło, a jednak mam poczucie, że dla mnie stało się coś nieodwracalnego.
R może beze mnie (trochę czasu) żyć bez żadnego problemu. Ja MOGĘ się ruszać bez niego, a więc zostawanie z nim od tej chwili to bardziej wybór, niż przymus. We mnie poczucie ulgi, spokoju, ale też zdrady i straty. Na naszym w pełni zlanym związku pojawiła się pewna linia. To cień rozdzielenia, które się pojawi - raczej prędzej, niż później.