Macierzyństwo - impuls do zmian zawodowych?

macierzynstwo i praca

Moje macierzyństwo od pierwszych chwil naznaczone było niepokojem o moją przyszłość zawodową i o bezpieczeństwo finansowe naszej rodziny. Ze względu na to cenne bezpieczeństwo właśnie przez kilka lat nie odważyłam się rzucić nielubianej, kompletnie nieinteresującej, wyczerpującej, ale pewnej i przyzwoicie płatnej pracy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie ryzykować zmiany, jeśli w nieodległej przyszłości zamierza założyć rodzinę, myślałam. Zwłaszcza, jeśli nie ma konkretnej, lepszej oferty w ręku. Tym bardziej, jeśli jest kobietą. Powszechnie wiadomo przecież, że w oczach pracodawcy matka jest pracownikiem gorszej kategorii - nieprawdaż?

Gdybym chociaż miała wtedy jakieś wyobrażenie tego, czym właściwie chciałabym się zawodowo zająć! Niestety, mimo wielu godzin rozmów, lektur i rozmyślań, ja wiedziałam tylko, czego już na pewno nie chcę.  Postanowiłam zatem przeczekać i odłożyć trudne decyzje na „po dziecku”.

Tymczasem już pierwszy urlop macierzyński rozpoczął się mocnym akordem – dwa dni przed narodzinami naszej córki moj mąż niespodziewanie dostał wypowiedzenie. Kolejne miesiace upłynęły pod znakiem jego intensywnych, a długo bezowocnych poszukiwań nowej pracy, jego zwątpienia w siebie, wreszcie napięć między nami. Nawet nasze świeże rodzicielstwo zeszło poniekąd na dalszy plan. Rodzinny budżet wielkim głosem wołał o stabilizację, na moje eksperymenty zawodowe nie było czasu i miejsca. Wróciłam do punktu wyjścia, pełna wątpliwości („Jak długo można nie mieć pomysłu na siebie? Jeśli mi się nie uda, jakim będę wzorem dla córki?”) ale też zdeterminowana i z nową motywacją.

Roczny urlop pozwolił mi bowiem nabrać dystansu i świeżym okiem przyjrzeć się mojej dotychczasowej drodze zawodowej oraz odpowiedzieć sobie na pytanie, jak chcę pracować, a nawet – jak chcę żyć. Tym dobitniej uświadomiłam sobie, jak bardzo moje stanowisko i zajęcie do mnie nie pasuje. Pomimo, że wracając do firmy wynegocjowałam mniejszy etat i dogodniejsze, bardziej elastyczne warunki pracy, nie wynagradzało mi to braku satysfakcji z wykonywanych zadań. W miejsce work-life balance - frustracja, zmęczenie, niedoczas, przykre uczucie, że na każdym froncie walczę o przetrwanie, byle do jutra, byle nie zawalić podstawowych obowiązków. Ugruntowało się we mnie przekonanie, że niespełniona zawodowo będę nieszczęśliwym człowiekiem, a zatem nieszczęśliwą mamą.

Kiedy zdecydowaliśmy się na drugie dziecko, podjęłam ostateczną decyzję: czas na radykalne zmiany! Bogatsza o doświadczenie „pierwszego powrotu”, zaczęłam odpowiednio wcześniej gruntowne przygotowania (o czym napiszę osobno) i już ten etap sprawił mi, oprócz niemałego wysiłku, sporą przyjemność – z kroku wykonanego we właściwą stronę, z kawałeczka „dobrej roboty”. W międzyczasie powoli, w wyniku coachingu, kolejnych lektur, a także przypadkowych spotkań, moja wizja „lepszego jutra” zaczęła nabierać kolorów. Udało mi się przezwyciężyć myślenie o sobie jako o kimś skazanym, z braku lepszych pomysłów lub kwalifikacji, na to samo lub podobne, beznadziejne zajęcie. Zaczęłam dostrzegać, prawie mimochodem, inne możliwości dookoła mnie. Zaczęłam nawet – nieśmiało! – sama je tworzyć.

Mój drugi urlop macierzyński dobiega własnie końca, a ja mam na koncie pierwsze małe osiągnięcie w zupełnie nowej dziedzinie, a zarazem fantastyczne doświadczenie pracy wykonanej z zaangażowaniem i frajdą. Po raz pierwszy też patrzę w przyszłość z optymizmem.

Macierzyństwo uważa się często za przeszkodę, a w najlepszym przypadku przerwę w karierze. W moim przypadku, pomimo rozmaitych potknięć i zawirowań po drodze, to właśnie narodziny dzieci okazały się katalizatorem zmiany i nowego początku. W kluczowym momencie, gdy moje poczucie własnej wartości „rynkowej” mocno szwankowało, w roli matki zyskałam nową tożsamość, a tym samym też oparcie. Macierzyństwo dało mi emocjonalnego kopniaka, wyrwało z „normalnego“ trybu fukcjonowania, a przez to stworzyło przestrzeń do refleksji nad sobą, nad relacją z mężem, nad aspiracjami zawodowymi, nad priorytetami w każdej z tych sfer. Nad dobrą pracą i nad dobrym życiem, po prostu.