Najbardziej po porodzie pomogła mi...

przyjaciolka.jpg

W pewnym momencie życia co raz więcej moich znajomych zaczęło zakładać rodziny, aż w końcu znalazłam się w bezdzietnej mniejszości. Kiedy więc zaszłam w ciążę, wiedziałam do kogo zwrócić się o podpowiedzi i rady w różnych okołoporodowych kwestiach. Wtedy też spędzałam najwięcej czasu z tymi koleżankami i przyjaciółkami, które były już mamami i to one wprowadzały mnie powoli w świat wózków, pieluch, kolek, szczepień i miliona innych spraw, z których wcześniej nie zdawałam sobie nawet sprawy. To do nich zwracałam się z tysiącem przeróżnych pytań szykując się na dzień porodu i przygotowując wyprawkę dla mojego dziecka. To ich numery telefonów wybierałam najczęściej w pierwszych tygodniach po narodzinach córeczki.

Ale teraz, kiedy patrzę wstecz, z zaskoczeniem stwierdzam, że to nie one były dla mniej największym wsparciem i pomocą. To nie ich wiedza i doświadczenie były wtedy dla mnie najważniejsze, chociaż oczywiście ważne. Mogę dzisiaj szczerze podziękować im za wszystko, czego mnie nauczyły, pokazały, opowiedziały.

Ale największą wdzięczność czuję dzisiaj do jednej z tych przyjaciółek, która nie była wtedy jeszcze matką. Do tej, która nie wiedziała co to bóle porodowe i nawał mleczny, nie miała pojęcia jak zmienić pieluchę czy wykąpać noworodka, nie miała żadnych sprawdzonych (ani nawet niesprawdzonych) sposobów na usypianie dziecka, odbijanie, uspokajanie. Nie miała nawet zdania na żaden z tych kluczowych (jak wtedy myślałam) tematów, jak spanie z dzieckiem czy osobno, karmienie piersią czy butelką, wózek czy nosidło. Nic, zero wskazówek, zero podpowiedzi, zero dobrych rad.

Ona po prostu była. Towarzyszyła mi i współodczuwała, wolna od własnych doświadczeń w tej sprawie słuchała uważnie. Kiedy mówiłam, że boli, wierzyła, że tak jest. Kiedy narzekałam, że jest ciężko, nie zaprzeczała. Kiedy cieszyłam się, że jest wspaniale, cieszyła się ze mną.

I chociaż nie przewinęła mojego dziecka ani razu, nie zaproponowała pomocy przy kąpieli i nie podpowiedziała, jak podać mu lek w chorobie, to chyba jest jedyną osobą spoza naszej rodziny, która tyle razy zrobiła mi zakupy, wyrzuciła śmieci, zabrała dziecko na krótki spacer, wstawiła zaschnięte talerze do zmywarki, zebrała rozrzucone zabawki, podlała kwiatki i przetarła kuchenny blat, kiedy ja próbowałam ogarnąć akurat inną część naszego domowego chaosu. I można powiedzieć, że to wszystko to tylko drobiazgi, ale to one sumują się do całego życia. A dzięki takim przyjaźniom, to życie może być trochę lżejsze. Dziękuję!