Drugie narodziny matki

drugi narodziny matki.jpg

Pierwsze macierzyństwo to była dla mnie prawdziwa rewolucja. W trudach i bólach stawałam się matką, tracąc to, kim byłam wcześniej. Zupełnie zdezorientowana, pokawałkowana, wystraszona, rozżalona tym, jak wiele i niespodziewanie zmieniło się w moim życiu. I pełna poczucia winy, że mogę tak choćby pomyśleć, mając wreszcie na świecie upragnione i wyczekane dziecko. To było bolesne, ale też rewolucyjne doświadczenie. Prawdziwy "skok rozwojowy ".
Ale drugie macierzyństwo nie jest po prostu bezbolesną aktualizacją poprzedniej wersji. Może to moja depresyjna natura, a może rzeczywistość, ale od pierwszego śladu drugiej kreski, która zapowiadała pojawienie się synka za prawie 9 miesięcy, miałam poczucie straty.
Straty znów dopiero co odzyskanej wolności i niezależności. Już wiedziałam co mnie czeka, i że lekko nie będzie. Choć wiedziałam też, że po jakimś czasie wiele odzyskam, a jeszcze więcej dostanę gratis.
Ale przede wszystkim towarzyszyło mi poczucie straty bycia mamą jednego dziecka. Straty naszej relacji w takim kształcie. Straty wyłączności mojej miłości do niego.
Z każdym miesiącem ograniczenia narastały. Coraz mniej mogłam ze starszakiem robić tego, co wcześniej było codziennością i oczywistością (i to mimo, że ciążę miałam modelową). Miałam poczucie (i chyba nadal mam), że go w jakiejś części zdradziłam i zawiodłam. Nie taka była przecież umowa. A przynajmniej informacja "za jakiś czas może pojawić się w Twoim życiu mała osoba, która przebuduje od podstaw Twoją relację z mamą" - była napisana baaardzo drobnym drukiem. A może w ogóle jej nie było.
Przyjmuję więc na klatę wyrzuty od syna - wyrażane czasem tak bardzo nie wprost, że trudno się domyślić, że pod spodem kryje się zranienie małego chłopca.
Próbuję pomieścić je razem z własną żałobą nad faktem, że nie będę już mamą tylko jednego dziecko. Czasem, przyznam, nie starcza miejsca...