Macierzyństwo w cieniu depresji

macierzynstwo w cieniu depresji.jpg

M. jest mamą już od dziewięciu lat. W jej macierzyństwie były okresy lepsze, gorsze i te bardzo, bardzo trudne. Ważną częścią jej doświadczenia macierzyństwa była depresja, na którą zaczęła chorować tuż przed pierwszą ciążą.

Początek choroby

M. i jej mąż przez wiele lat bezskutecznie starali się o dziecko. Mimo leczenia i zabiegów (inseminacja i in vitro), nadal upragniona ciąża nie nadchodziła.

„W pewnym momencie dotarła do mnie taka konstatacja, że prawdopodobnie nie będę mogła mieć dzieci. To było po nieudanych zabiegach. Powiedziano nam, że już nic się nie da zrobić. Jednocześnie wtedy zaczęłam nową, stresującą dla mnie pracę. Przestałam sypiać. To była taka nakręcająca się spirala: nowa praca, to, że nie mogę spać i jeszcze kontekst niemożności zajścia w ciążę. Wiedzieliśmy, że będziemy chcieli zapisać się do ośrodka adopcyjnego. Myślałam jednak, że nie będę mogła adoptować dziecka, skoro mam teraz problemy psychologiczne. Miałam same czarne wizje, typowe dla depresji. Ten stan mi się wciąż pogarszał.”

Po kilku tygodniach bezsenności M. czuła się tak źle, że chciała pomóc sobie lekami uspokajającymi. Poszła do lekarza pierwszego kontaktu, który przepisał leki, przestrzegając jednak, że nie można ich brać, kiedy jest się w ciąży. Będąc pewna, jaki będzie wynik, M. na wszelki wypadek zrobiła test ciążowy.  Gdy zobaczyła na nim dwie kreski, doznała szoku. Była  przekonana, że to błąd, ale aby móc wziąć lek, powtórzyła test. Wynik ponownie był pozytywny.

Bliscy M. byli zachwyceni informacją o ciąży. Jej reakcja była jednak inna.

„Pamiętam, że tamtej nocy wszyscy poszli spać, a ja siedziałam w lęku. Nie byłam w stanie się uspokoić. Wszyscy byli w euforii, ale ja nie do końca byłam w stanie w to uwierzyć. Od razu miałam w sobie taką myśl, że stracę tą ciążę, że coś strasznego się stanie. Myślałam, że to niemożliwe, żebym w takim stanie, w jakim wtedy byłam, utrzymała ciążę.”

Tego dnia lęk M. stał się tak intensywny, że razem z mężem pojechali na konsultację do lekarza. Tam jednak usłyszeli, że skoro M. jest w ciąży, lekarz nie ma jej nic do zaoferowania. Pierwszy trymestr ciąży jego zdaniem praktycznie wykluczał możliwość leczenia farmakologicznego.* Zalecił uczestnictwo w psychoterapii. Po rozmowie z lekarzem silny lęk pozostał. Wyczekana ciąża niespodziewania stała się pułapką, przez którą nie była w stanie szybko uzyskać pomocy, jakiej potrzebowała.

Mrok i światełko w tunelu

Za radą lekarza M. udała się do psychologa. Wybrała poleconego jej przez kogoś psychoterapeutę psychoanalitycznego. Chodziła do niego przez kilka miesięcy, ale te wizyty niestety nie pomagały jej. Miała poczucie, że nic nie wynosi ze spotkań. Potrzebowała konkretów, chciała wskazówek, jak może sobie poradzić, ale ich nie otrzymała. Wciąż też cierpiała na bezsenność. Wszystkie badania wskazywały, że ciąża jest zdrowa, jednak lęk M. nie mijał, a jej nastrój się nie poprawiał.

„Przestałam chodzić do tego psychologa, ale było tak bardzo źle, że leżałam na łóżku i wyłam. Pojawiały mi się takie myśli, że muszę tylko dotrwać do porodu, bylebym tylko urodziła to dziecko. Czułam, że ono jest zależne ode mnie i dlatego muszę żyć. Myślałam o porodzie wtedy w taki sposób, że  urodzę i dzięki temu ktoś się będzie mógł zająć córką, a ja po prostu będę mogła… [płacz]… To znaczy nie myślałam o konkretnym sposobie, jak to zrobię, ale nie chciałam wtedy żyć...”

Mimo że dotychczasowe próby znalezienia pomocy nie przyniosły skutku, gdy M. była już w zaawansowanej ciąży, ponownie poszukała pomocy. Tym razem wreszcie pojawiło się upragnione światełko w tunelu. M. trafiła na młodą lekarkę, która sama niedawno stała się matką. Lekarka była wspierająca i cierpliwa. Sprawiła, że M. uwierzyła, że wreszcie będzie lepiej.

„Wytłumaczyła mi jakie są możliwości, rozwiązania. Najbardziej sensowne wydawało się wzięcie leków. Te leki rzeczywiście zadziałały – zaczęłam też spać. W ósmym miesiącu ciąży czułam się, jakbym była zupełnie zdrową osobą. To był pierwszy moment, kiedy cieszyłam się ciążą. To był kompletnie inny świat.”

Przez ponad sześć miesięcy ciąży oraz dwa miesiące przed nią M. cierpiała z powodu lęków, bezsenności i depresji. Doświadczyła w tym czasie cierpienia trudnego do wytrzymania. Niemożność skorzystania z pomocy farmakologicznej powodowała dodatkowy stres. Pomoc psychologiczna, z jakiej skorzystała, okazała się nietrafiona. Mimo to M. wierzy, że paradoksalnie to właśnie depresja pomogła jej zajść w ciążę – bo to dzięki niej zupełnie o staraniach o dziecko przestała myśleć.

 „To był pierwszy moment od kilku lat, kiedy nie myślałam o zachodzeniu w ciążę. Byłam tak przejęta tym stresem, który we mnie siedzi, tym napięciem i niemożnością spania, że odpuściłam staranie się o dziecko.”

Żałuje jednak, że choroba zdążyła się tak bardzo rozkręcić. Skutki tego odczuwa zresztą do dziś.

 

Zwykłe macierzyństwo… obok depresji

Gdyby spojrzeć na macierzyństwo M. z perspektywy depresji, można opisywać dynamikę choroby. Dramatyczny początek ciąży i czas dobrego samopoczucia w końcówce ciąży i po pierwszym porodzie. Nawrót depresji po odstawieniu leków, gdy pierwsza córka miała kilka miesięcy. Ponad dwa lata stabilnego nastroju i skutecznego leczenia farmakologicznego, dobry czas drugiej ciąży i nagłe tąpniecie kilka dni po drugim porodzie. Kolejne lata górek i dołków. Jej macierzyństwo toczyło się jednym torem, a depresja drugim, wpływając na siebie nawzajem nie zawsze w sposób oczywisty.

Jednak można na jej historię spojrzeć też z perspektywy zwykłych stresów i radości młodej mamy. Porodu, który był ciężki, ale jak wspomina M., cały ból i trud minął, gdy zobaczyła swoją córkę: „To był przypływ takiej euforii i szczęścia, że to jest jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu.” Napięcia, jakie czuła w pierwszych dniach i tygodniach po porodzie, gdy nie wiedziała jeszcze jak obchodzić się ze swoim pierwszym dzieckiem. Stresu związanego z karmieniem, gdy córka mało przybierała na wadze, a gdy zaczęła być dokarmiana, przestała jeść z piersi. Bezsennych nocy – tym razem spowodowanych ciągłymi pobudkami córki. Kłótni z mężem o to, kto kiedy ma opiekować się córką. Oczekiwań i towarzyszących im frustracji:

 „Miałam takie oczekiwanie, że dzieci będą łatwe w ułożeniu. A córka była bardzo histerycznym dzieckiem. Dużo płakała, nie dawało się z nią wyjść na spacer w wózku. Trzeba było ją uśpić, odłożyć śpiącą do wózka, a jak się obudziła, pędzić do domu, bo ryk był straszny. Chciałam, żeby to wszystko było bardziej uporządkowane. Ale dzieci nie są uporządkowane.”

Gdy pytam ją o radę dla siebie sprzed lat, mówi o tym, jak wyobraża sobie swoje macierzyństwo, gdyby miała trzecie dziecko. „Chciałabym poddać się naturze, dać sobie dużo swobody. Nie słuchać rad, co dziecko powinno, ale poddać się rytmowi, które ono wyznacza. Chciałabym też odpuścić sobie wszystko inne – przede wszystkim pracę – i dać sobie czas na początku tylko z dzieckiem.”

Nadal ma poczucie, że macierzyństwo powoduje u niej wiele frustracji. Są uciążliwości dnia codziennego – egzekwowanie od dzieci porządku, obowiązków szkolnych. Ale też lęki o ich przyszłość, o to czy będzie potrafiła się z nimi dogadać, gdy wejdą w okres dojrzewania, czy zwrócą się do niej po pomoc, gdy będą jej potrzebowały, o narkotyki, o to czy znajdą dobrą pracę. Czasem ciężar bycia mamą tak ją przygniata, że aż zastanawia się, po co w ogóle chciała mieć dzieci. Wie jednak, że gdyby ich nie było, nie potrafiłaby być szczęśliwa.

Są też chwile radości i prawdziwej przyjemności. Gdy kładzie się z dziećmi przy wieczornym usypianiu, a one są wtedy spokojne. To czas na bliskość, czułość. Są momenty, które spędzają wspólnie całą rodziną „Gdy jesteśmy razem i jesteśmy nastawieni na słuchanie, przeznaczamy dla siebie czas. Takie sytuacje sprawiają mi prawdziwą radość”. I tego chyba mi też strasznie brakuje.”

Temat obecności innych ludzi i jej braku łączy zresztą nitki chorowania na depresję i „zwykłego” macierzyństwa.

„Zawsze tak było, że jak z kimś rozmawiałam, to było mi lepiej. Najgorzej było jak zostawałam sama z sobą i nie mogłam sobie poradzić. W czasie gdy chorowałam prowadziłam szkolenia – i wtedy przez chwilę czułam się lepiej. Ale potem jak wracałam do domu, to znowu wszystko wracało. Jest w tym jakiś wątek samotności.”

***

Depresja nadal daje jej się we znaki. Jednocześnie jej życie to miliony doświadczeń, które z depresją nie mają nic wspólnego: szczęśliwe życie rodzinne, sukcesy zawodowe, podróże, drobne przyjemności. Nawet w najgorszych chwilach M. nie poddawała się i szukała pomocy dla siebie. Wierzymy, że jej wytrwałość w poszukiwaniu odpowiedniego wsparcia pomogła jej nie tylko przetrwać, ale też wieźć dobre, zwyczajne życie.

Z M. rozmawiała Ewa Borodo-Jaskólska.

 

*Każdy przypadek kobiety w ciąży chorującej na depresję należy traktować indywidualnie. Stanowczo odradzamy traktowanie tych informacji jako uniwersalnych zaleceń. Gdy podejrzewasz u siebie depresję, zgłoś się do specjalisty – psychoterapeuty lub psychiatry. Być może otrzymasz skuteczną pomoc od razu, a być może potrzebna będzie chwila cierpliwości i wytrwałości. W końcu jednak poczujesz się dobrze.